Obudziłem się dziś rano, podniosłem rolety, spojrzałem za okno i pomyślałem: poranek jak każdy inny. Może trochę mniej słońca, trochę więcej chmur, ale nic się nie zmieniło. Ktoś jechał do pracy, jakieś dziecko szło do szkoły a drzewa stały tam, gdzie wczoraj. No tak, świat toczy się dalej. Mam jednak nieodparte wrażenie, że coś jednak się stało. I nie chodzi mi o to, że ktoś wygrał a ktoś przegrał. Chodzi mi o to, że znów ten kraj się podzielił (a może był cały czas podzielony? … ) To smutna poniedziałkowa refleksja, bardzo smutna. Ale też za jakiś czas zrodziła się inna, orzeźwiająca myśl-pytanie, nawet kilka pytań: czy twoja nadzieja leży w strukturach tego świata, czy w Królestwie Bożym? Czy twoja nadzieja jest zakotwiczona w tym, co ziemskie, czy w tym, co wieczne? I w końcu ostatnie pytanie: gdzie jest Twoja Ojczyzna?
Po chwili zadumy powiedziałem w sercu: faktycznie, moja ojczyzna nie jest tutaj. I Pan przypomniał mi to Słowo: „Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, To stamtąd wyczekujemy przybycia Jezusa Chrystusa, Zbawcy i PANA” To mój cel, nie jakaś partia nie jakaś ideologia itd.. Bo na czym ja, człowiek wierzący, ewangeliczny chrześcijanin buduję poczucie swojego bezpieczeństwa? Czy da mi je kolejny rząd, prezydent, nawet sam król? Każdy rząd i każdy władca się zmieni, ale król królów NIGDY ! W świecie tak podzielonym na „swoich” i „tamtych” ten Król ma inną alternatywę. W Jego królestwie nie rządzi siła i charyzma, ale pokora i miłość. Ten świat się nie zmieni, on ma swój program. Dlatego wiem, że nie mogę budować swojej nadziei na tym co jest tutaj. Bo to jest tymczasowe, kruche i przemijające.
W Liście do Hebrajczyków czytamy: Przecież ten świat nie jest naszym trwałym domem! My dopiero zdążamy do tego, który ma nadejść! Dlatego wnieśmy nasze oczy ku górze. Tam jest nasza Ojczyzna! Tam jest nasz Król!
Mój Pan wraca, by zasiąść na tronie — nie na skutek głosów, l nie przez głosowanie, lecz przez zwycięstwo.
I jeszcze jedna myśl: świat jest już i tak mocno podzielony, niech kościół nie idzie tą drogą. My mamy żyć inaczej. Bądźmy społecznością Bożych dzieci, które nawet pomimo różnic, wciąż się błogosławią, wsłuchują się jeden w drugiego i modlą się za siebie. Słuchają się i modlimy jeden za drugiego. Bo podział jest najłatwiejszy… Rozmowa, zrozumienie, wspólny dialog — znacznie trudniejsze, bo wymagają dobrej woli i pokory.
I nade wszystko: Z oddaniem dbajcie o duchową jedność, zachowując między sobą pokój. Efez 4:3. Naszym wspólnym językiem nie ma być, choćbym nie wiem jak piękna i doniosła, ale Ewangelia. To nie ideowe sztandary nas jednoczą, tylko krzyż Chrystusa. I nie myśli o sobie, że my jesteśmy lepsi i bardziej duchowi a tamci mniej… Pamiętacie faryzeusza? ,,Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie… albo jak ten celnik” (Łk 18,11) To nie jest duch Chrystusa. To duch pychy, tej religijnej, duch, który pragnie jednego: wywyższania samego siebie.
PAMIĘTAJMY:
„Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie. (J 13,35)




