Są wiadomości, na które czekamy — i są takie, których wolelibyśmy nigdy nie otrzymać. To te, które przynoszą smutek te, które niosą ze sobą trudne wieści.
Dziś rano dotarła do mnie jedna z nich. Pastor i kaznodzieja, którego osobiście bardzo szanowałem, odszedł do Pana. John MacArthur — myślę, że wielu z nas, jeśli nie słuchało jego kazań, to przynajmniej czytało jego książki albo oglądało fragmenty jego nauczania na YouTube.
Przez magazyn Christianity Today został nazwany jednym z najbardziej wpływowych chrześcijańskich kaznodziejów swoich czasów. Napisał lub zredagował ponad 150 książek. A Jego Biblia: Biblia MacArthura, zawierająca obszerne komentarze i przewodniki do studiowania Słowa Bożego, sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy.
Co pozostawił po sobie? Co można o nim powiedzieć? Na pewno to, że w swoim życiu był wierny Bożemu Słowu. Bez kompromisów – za co często był wytykany, stawał po stronie prawdy, nawet jeśli było to niepopularne lub kosztowne. Nie był gwiazdą wśród mówców, nie skakał na scenie, nie sypał z rękawa żartami, często mówił przez godzinę nie ruszając się zza swojej kazalnicy… a jednak Jego nauczanie ukształtowało tysiące pastorów, kaznodziejów i wierzących na całym świecie.
Nie chcę Go idealizować. Był człowiekiem – takim jak my. Pewnie zdarzało mu się powiedzieć coś, czego potem żałował. Może z biegiem lat widział pewne rzeczy inaczej, niż mówił wcześniej. W końcu, jak mówi przysłowie, „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Przecież my wszyscy się zmieniamy i uczymy przez całe życie, prawda? Ale to, co zawsze mnie w nim imponowało, to fakt, że nie bał się zabierać głosu tam, gdzie wielu milczało…
Jednak ten wpis nie ma być poświęcony MacArthurowi, On już jest u Pana, On już odebrał swoją nagrodę. On już… my jeszcze nie… On już nie czeka tak jak my – on już dotarł. Taki człowiek może obrócić się za siebie i powiedzieć: „Dobry bój bojowałem, bieg ukończyłem, wiarę zachowałem”.
(2 Tymoteusza 4,7)
Ty i ja nadal biegniemy, nadal żyjemy, wciąż jesteśmy w drodze. Musimy dzień po dniu podejmować decyzje, zmierzać się z nimi, i w tym wszystkim wytrwać w wierze i zaufaniu Chrystusowi. Bo przecież życie w Chrystusie to nie sprint, ale dłuuugi bieg. Zdarzy się, że pod wiatr, że pod górę. Nierzadko z kolką, z potknięciem, w walce ze zmęczeniem, zniechęceniem, z oglądaczami krzyczącymi: zejdź z tej trasy, po co się męczyć?! Ale Ty wiesz, że musisz biec i, że musisz dokończyć ten bieg. To trasa w jednym kierunku – ku Niemu.
Kiedy biegniemy, dodawajmy sobie otuchy! Kiedy widzisz, że słabnę, podejdź do mnie i mi powiedz, przypomnij mi, że: jeszcze nie dobiegłem, że to jeszcze nie koniec, że nagroda czeka, że to tutaj to nie wieczność… że jeszcze kilka kroków i dobiegnę do domu!
Nasz każdy stawiany kolejny krok pomimo trudów, w walce ze sobą, w zapieraniu się siebie, w umieraniu dla siebie mówi jedno: Boże chcę być gotowy kiedy przyjdziesz! I wiecie co? On to widzi i nam dopinguje! Stoi i woła: Dalej, jeszcze trochę moje dziecko! Bo dla Niego liczy się przede wszystkim wytrwałość i wierność drodze, na którą nas powołał.
Dla wielu bieg się zakończył. Ich czas dobiegł końca. My jeszcze mamy czas. Ile tego czasu mamy? Nikt z nas tego nie wie. Ale póki jest – zróbmy wszystko, by odpowiedni go wykorzystać.
Pamiętaj: jesteś wciąż w drodze. Trwaj na niej w Chrystusie. Nie schodź z kursu. Nie zatrzymuj się. Nie odchodź od Słowa. Nie żyj tak, jakby to, dzisiaj miało trwać wiecznie. Biegnij wytrwale po nagrodę!
Dobiegniemy! Dobiegniemy!




